Stalinowska miotła, czy żelazna miotła. Jak by się ona tam nie nazywała, była to straszna „miotła”. Trudno nawet opowiedzieć o jej przewinieniach.
Po raz pierwszy z tymi mordercami, my, uczniowie Jazłowieckiej szkoły, spotkaliśmy się jesienią 1944 roku. Kowal, nauczyciel matematyki, którego znaliśmy, był frontowcem, kulał na jedną nogę, chodził z laską i nosił wojskową czapkę. Miał nas zaprowadzić do lecznicy na badanie lekarskie. Gdy tylko weszliśmy na drogę, z Nowosiółka nadjechało wiele furmanek z żołnierzami. Jeden z żołnierzy zeskoczył z furmanki, przyklęknął na kolano i zaczął strzelać do psa, który biegł górką. Nasz kulejący nauczyciel w kilka sekund dobiegł do żołnierza, wyrwał mu z rąk gwintówkę i uderzył laską.
— Tobie jeszcze mało ludzkiej krwi, jeszcze psiej zapragnąłeś — krzyczał nauczyciel. Pierwszy raz widzieliśmy, aby cywil podniósł rękę na wojskowego. Naszym zdaniem, nauczyciela powinni od razu zabić. Z powozu zeskoczył oficer, podbiegł do naszego nauczyciela i wyrwał z jego rąk gwintówkę. Laska wypadła mu z rąk i ledwie trzymał się na nogach.
— A ty co, psia twoja mać, odważyłeś się podnieść rękę na żołnierza! Dokumenty!
Nauczyciel, krzywiąc się z bólu, podał oficerowi jakieś dokumenty. Ten tylko przez chwilę trzymał je w rękach, a potem oddał je nauczycielowi, zasalutował i przez zęby wycedził:
— Przepraszam, towarzyszu majorze! Zaszła pomyłeczka!
— Pomyłeczka! Kim wy jesteście? — zapytał nauczyciel.
— Stalinowska miotła, — krzyknął oficer siedzący w powozie.
Nadszedł czas, aby Żnibrodzianie opowiedzieli o wydarzeniach z drugiego września 1944 roku.
Niedziela. Takie piękne i czyste niebo. W lesie cicho i chłodno.
Ludzie spokojnie idą do młyna. Trzeba zabrać mąkę, którą w nocy zrobił młynarz. Nagle: „Stój!”. Mąż zaczął uciekać, a żona zatrzymała się i rzuciła worek na ziemię. Mąż przebiegł parę kroków, zakołysał się do przodu, do tyłu i upadł. Kobieta podbiegła do niego. Z tyłu głowy widać było wielką czarną dziurę. Tuż obok żołnierze zabili kobietę.
Anna Derkacz, mieszkanka wsi Żnibrody, którą schwytali żołnierze stalinowskiej miotły, ze strachu zakryła oczy i przytuliła się do drzewa.
Już ponad godzinę jej nie wypuszczają. Dowódcy zmieniają się jeden po drugim i dopytują wciąż o jedno: „Kim ona jest i dokąd idzie?”
A do tego jeszcze żołnierz, pochylony nad radiostacją, powtarzał: „Piórnik”, „Piórnik”, „Piórnik”. Ja — „Stolica”. Działajcie!
Nie wypuszczając z rąk swojej ofiary, żołnierze ruszyli w kierunku rzeki Strypy. Pochowali się za drzewa i czekali. Nadszedł mieszkaniec wsi Żnibrody — Wojtek Baden. Wtedy go zastrzelili, a ciało rzucili w krzaki.
Ścieżką, z tobołkami w rękach, szły dwie kobiety. Nagle: „Stój”. Kobiety nie zdążyły zrobić kilku kroków, gdy oficer rozkazał: „ Strzelajcie!”. Rozległy się strzały i kobiety upadły. Jedna z nich jeszcze żyła, bo prosiła: „Zmiłujcie się dobrzy ludzie, ja mam maleńkie dzieci”. Żołnierze dobiegli do nich. Kilka strzałów — i zrobiło się cicho.
Jak się potem wyjaśniło, jedną z tych kobiet była mieszkanka wsi Beremiany, Orobczuk, druga to mieszkanka wsi Ścianka. Żołnierze zaczęli rozpakowywać tobołki, które niosły kobiety. Był w nich chleb, grusze, wódka i jakaś męska odzież. Cała banda żołnierzy ruszyła do żnibrodzkiego młyna. Na rozległej łące Jan Dwoliński pasł krowę. Chwała Bogu, front przeszedł. Niby zrobiło się spokojnie. Ale niespokojne myśli o synu Janie nie dawały mu spokoju. 62-letni mężczyzna nie słuchał, co mówił syn sąsiada Michała Gawrona, że pasł chorego konia. Stary wreszcie zwrócił uwagę na chłopczyka. Ten trzymał na drucie metalową bańkę z dziurkami, która służyła mu za kadzidło. Prosił o zapałki, aby w niej zapalić. Dwoliński nie miał zapałek i posłał chłopczynę do najbliższej chałupy po ogień. Chłopczyk zadowolony pobiegł i w chwilę potem już biegł z powrotem do starego, wymachując kadzidłem, z którego wydobywał się czarny gęsty dym. Dwoliński skończył skręcać papierosa i szedł chłopcu na spotkanie. Za plecami usłyszał krótkie: „Stój!”. Od razu padł strzał. Kula trafiła w głowę. Dwoliński upadł na ziemię. Chłopiec widział tę scenę. Przeraźliwie krzyknął, odwrócił się i zaczął uciekać do chałupy. Kula z automatu przebiła mu brzuch. Ranny Michaś, który miał ósmy rok, pełzał po ziemi i wołał mamę dopóki żołnierze nie dobiegli i go nie dobili.
Polowania trwały nadal. Żołnierze doszli do drogi, którą chodzili mieszkańcy wsi Złoty Potok. Daniela Kaziuka i Stefanię Skibę także złapali i zabrali z sobą. Wnet wyszli na pastwiska w pobliżu wsi Skomorochy. Tam żołnierze złapali bardzo wielu ludzi. Anna Derkacz nadmienia, że było ich około 30 albo więcej. Oficer chodził wzdłuż szeregu i krzyczał. Do szeregu przyprowadzili Daniela Kaziuka i Stefanię Skibę. Dziewczyna prosiła, aby ją wypuścili, bo w Żnibrodach podczas żniw zapracowała snopy żyta i chce je dowieźć. Dziewczyna płakała, nawet padła na kolana przed oficerem, ale on nie zwracał na to uwagi. Wreszcie zwrócił się do jakiegoś żołnierza i rozkazał: „Zabierz ich!” — Kaziuk zrozumiał swój los.
— Zmiłujcie się nade mną, mam małe dzieci!
Ale kto by tam zwracał uwagę na jego błaganie? Zaprowadzili ich do lasu i rozstrzelali. Po prostu tak zamiatała stalinowska miotła. A w Złotym Potoku w rozpaczy szlochała Kaziuczka. Córeczka miała pięć i pół roku, synek dwa i pół. Nie miała z kim zostawić dzieci, a musiała iść pochować zabitego męża. Dzieci płakały, a ona zamknęła je same w chałupie i poszła…
A miotła zamiatała. Doszli do Rusiłowa i tam rozstrzelali pastuchów.
Annę Derkacz jeszcze raz przesłuchali, a potem postanowili ją wypuścić. Oficer, który ją wypuszczał, powiedział, że powinna wszystkim przekazać, że taka dola czeka tych, którzy ośmielą się występować przeciwko „władzy radzieckiej”.
Po tym wydarzeniu Anna Derkacz długo się jąkała i nie mogła normalnie mówić. To był dopiero początek. Setki tysięcy ludzi, jak nie zamordowali to wywieźli na Syberię.
[Inf.: 5.07.2008. Odnow.: 11.11.2009]