W naszym dzienniku («Nowa doba» — uwaga) ostatnio był ciekawy materiał z historii naszego kraju. Aż dziwnie, że w naszych miastach i wsiach mieszkało tak dużo Polaków. Polska za sześć wieków swojego gospodarowania przekwaterowała pewnu ilość Polaków na naszą ziemię, ale bardzo strasznie to, że główna masa tych ludzi, którzy liczyły się Polakami — to spolszczone nasze braci — Ukraińcy. Jak ich było wiele!
W 1945-1946 latach Polacy odjechali na swoją ojczyznę. Szczęśliwej drogi! Tak pragnęliśmy wszyscy, odprowadzając ich. Na ich miejsce przyjechali przesiedleńcy z polskich terenów. Jeśliby z polskich, a to z Chołmszczyny, Łemkiwszczyny, Podlasia. Naszych z dawna ukraińskich ziem. Moskwa, nie mrugnąłszy okiem, pooddawała nasze ziemie Polsce, a polski rząd opracował akcję “Wisła”, poza jaką przepowiada się zetrzeć nawet dowolne nadmienianie o tym, że to ukraińskie ziemie.
Wśród nas wiele ludzi, byłych przesiedleńców i ich potomność. My niczym nie odróżniamy się jeden od drugiego, ani językiem, ani odzieżą. My wszyscy — Ukraińcy. Ale warta było by dopatrywać, jak 86-roczna babcia we wsi Żnibrodach, czuje bliską śmierć, przebaczała się z dziećmi i wnukami. I naraz na chwilę pomilkła: “Znam, że to nie możliwie, ale ja tak chciałam by, aby wy pochowaliście mnie na rodzonej ziemi”.
W naszych wsiach, gdzie pozostało po dwie-trzy rodzinę Polaków, (ze mieszanymi ślubami) odbudowują kościoły. A nasi dobroduszni Ukraińcy nawet myślą nad tym, jakby część bożonarodzeniowej kolędy pooddawać na naprawę kościoła. Na ukraińskich ziemiach, że w rękach Polski, nawet nie mówi się o ukraińskich cerkwiach. Tam, gdzie były czysto ukraińskie wsi, wszystko wyrównano i przerodzono w potoczne pole. Nasze braci z Żnibrod przypominają:
1. Stupak Włodzimierz Dmitrowicz, 1933 r., wieś Posada Rybotycka Przemyślskiego powiatu.
— Przy Polsce my bytowaliśmy niedobrze. Groszy nie było. Aby zakupić kilogram soli, trzeba było sprzedać całą chustę jajek. Gdy nadszedły w 1939 roku do nas Rosjanie, my byliśmy bardzo szczęśliwi. Granica między Rosją i Niemcami była poza naszą wsią. Do nas przechodzili ludzie z germańskiej strony i na opak. Rosjanie wiozły do naszej wsi wszystko co było konieczne. I u nas było wrażenie bardzo dobrego życia. Ale gdy my pojechaliśmy parę kilometrów na wschód, to przestraszyliśmy się tego,co zobaczyliśmy. Ludzie po dobie przestawali w kolei, aby zakupić metra tkanki albo jakieś obuwie. W Borysławie, gdzie bytowało nasze rodzeństwo, opowiadali, że w mieście NKWD chapie ludzi i nocą rzuca je w puste kopalnie.
Latem 1941 roku z tych kopalni wyciągnęły góry trupów.
Z jesieni 1944 roku nasza wieś znalazła się na terenie Polski. Polska władza uprzedziła nas, że my musimy zabierać się na Ukrainę, ale zostawiać rodzoną ziemię nikt z nas nie chciał.
Tamta biada nie minęła naszą wieś. Nadeszła drużyna polskiego wojska. Wojacy zachowywali się ano, jak chciały. Brały, że im przypodobało się. Ludzie bali się wyjść nawet z chałupy, albowiem ci wojacy kogo dopatrywali na ulicy, koniecznie rzucali na ziemię i bili. Gdy już zamierzało pod wieczór, nam kazały przez pów godzinę zamierzać do wyjazdu. U nas nie było ani koni, ani woza. Matka wzięła jakąś klatkę, zepchała w nią kur i umieściła na rydwan od pługa. Na wierzch dumała pokłaść jeszcze jakieś rzeczy. My myśliliśmy, że zmożemy kroić kury i tak dotrwamy dwa-trzy tygodni. Jakiś Polak, że dojrzał naszych kur, nadbiegł do klatki i z automatu wystrzalił wszystkich kur. Z wszystkiego naszego majątka my wzięliśmy to, że można było nieść na grzbiecie. I już, gdy na dworze ciemniało, nas pognały ze wsi. Myśliliśmy nie o majątku, a o tym, czy pozostaniemy żywymi. Naszą kolumnę pędzili, a polskie żołnierze po prostu sobie strzelali w ludzi. Nareszcie nas załadowali w wagony i powiozły.
Wiozły nas sześć tygodni. Tą odległość teraz pociąg przechodził nie więcej, jak za 12-14 godziny, a nas wiozły półtora miesięcy. Lęk śmierci roztopił się, a nastał głód. Ledwie żywe my dotarliśmy do Żnibrod. Dały nam chałupę. Ani okien, ani drzwi (Polacy, odjeżdża, wszystko połamały). I mieszkaj, jak chcesz. Nas troje dzieci i rodzice. Chadzaliśmy po otaczających wsiach i prosiliśmy jałmużnę.
Na wiosnę nam dały półtora cetnara ziarna i ziemniaków na nasienie. To był “hojny” dar z tych milionów, jakie były uwydatnione mocarstwem na repatriowanie.
2. Szyp Michał Wasiłowicz, 1928 r., wieś Posada Rybotycka Przemyślskiego powiatu.
W 1944 roku przyszedł front. Ale nas czekała nowa biada. Polska władza uprzedziła nas:
— Dziku, was wygonią z polskiej ziemi.
My cudownie znaliśmy, że to ziemia nasza i pozostawiać ją nie chciały.
Jednego sobotniego dnia Michał Szyp z ojcem szedł w sąsiednią wieś Pysowo. Polscy policjanci schwytali ich na drodze, pobili i powiozli w miasteczko Bircz. I rzucili do piwnicy miejscowej komendatury. My sidzieliśmy tam i słyszeliśmy, jak katowały ludzi, że przyprowadzały do komendatury. Sposoby katowania wymyśleli odmienne. Jednego chłopca,którzy szedł z Niemiec, rozebrały do naga, rzuciły na ziemię i kopały go nogami. A gdy on zemdlał, to rzuciły go w ościenną piwnicę, jaka była zalana wodą. Do wieczora nas nazbierały osiem osób. Jeść nam nie dały w sobotę, niedzielę i poniedziałek. My prosiliśmy chociaż wody, ale i to nam nie dały.Wieczorem, w poniedziałek, nam przyniosły jakąś zupę z kolosalnymi kawałkami mięsa. My to wszystko zjedliśmy. Na drugi dzień, rankiem, znów przyniosły takie jadło. My staliśmy przyglądać się do mięsa. Nikt nie mógł zgadnąć, z jakiego zwierzęcia to mięso, ono było jakieś ciekłe i słodkie. Ktoś podał myśl, że to konina. Ale wśród nas był jeden, jaki kiedyś w pierwszej wojnie bytował wśród Tatarzynów i jadł końśkie mięso. On zapewnił, że to nie konina. My przestaliśmy jeść i z bojaźnią patrzyli na to mięso. Wtedy ten chłopiec, jakiego policjanci bili gołego, zakrzyczał, że to ludzkie mięso, bowiem gdy go wiódły do komendatury, to on dopatrywał w jednej lokacji porąbane na kawałki ciało człowieka. A z wierzchu nawet tarzało się serce.
Więcej jeść my nie mogliśmy. Potem nas stanęły oprowadzać na odmienne czynności. I wypuściły wówczas z więżenia, gdy eksmitowały naszą wieś.
Nas przywieźli w Dżuryn. Wysadzili z wagonów. Jeden stary człowiek dojrzał pod wagonem rozsypane ziemniaki. On nagnął się pod wagon, aby dostać te ziemniaki. Ale pociąg ruszył i mu odcięło obie ręki. Pomocy mu nie było komu podać. On stracił bardzo dużo krwi i przez dwa dni zmarł.
W naszym nasieniu były dziewięcioro dzieci. Nie zmarły z głodu, bowiem dobrzy ludzie zmiłosierdzili się nad nami.
3. Dobriański Antonij Pavlowicz, 1933 r., wieś Rodewa Łyśkiego powiatu.
— Przypominam, było to na Jana (7 lipca) 1944 roku. Do nas przyszło pełno do chałupy kowpakowców. Małego Antonija bardzo zainteresowała broń. To zauważył Cygan Cyrył i dał chłopakowi strzelnąć z automatu.
Wszyscy one chcieli jeść, ale nic nie brali, a prosili w rodziców. Przez niektóry czas oni przestali być grzecznymi i stanęli same brać to, że im chce. Zaczął się gromadny rabunek ludzi. A także one łapali dziewczyny i młode kobiety. O ich łotrostwach znały już otaczające wsi. We wsi Streżnica na koniu jechał dowódca kowpakowców. I jeden chłopak zabił go. Kowpakowcy zaszli do tej chałupy, zabili siostrę, tego chłopaka i jego mamę. Potem na ulicy schwytały pięć osób i przymusili ich posadzić swojego martwego dowódcę na konia i tak podtrzymywać go i wieźć do lasu. W lesie dowódcę pochowali, a na jego grobie rozstrzelali pięć osób. Potem kowpakowcy wrócili się na wsi i podpalili chałupy. Ludzie stanęli gasić pożar albo po prostu czmychały z palących się chałup. Ich wszystkich rozstrzeliwali. Potem okazywało się, że są spalono 80 domów i zabito 160 ludzie.
W ten czas w naszych lasach były kolosalne drużyny UPA. Oni nawet dopomagali kowpakowcam. Ale po tej okazji we wsi Streżnyca, oni dali słowo pomścić sie przestępcom.
Była niedziela i bardzo piękny dzień. Gdzieś przed podwieczorkiem dopatrujemy: na wieś nadeptuje liniami wojskî. My myśliliśmy, że to Polacy. A okazało się, że to nasi chłopcy. Ich sotnik wstępował na nasze podwórko, wyciągnął jakiś listek i powiedział, że w naszej wsi jest trzy rodzinę Polaków, że je należy natychmiast wygonić ze wsi. Mój ojciec zastąpił się za Polaków, uważa, że stosunki między Ukraińcami i Polakami normalne.
— Jak chcecie, to wasze dzieło, — zauważył sotnik. — One was nie pożałują.
W ciągu tego czasu, dopóki uchodziła rozmowa na dworze, nadszedł jakiś łucznik i coś powiedział sotniku. Ten kinął głową i poszedł z naszego podwórka. Poza naszą wsią było pole, poza polem las. My dopatrywaliśmy, jak łucznicy wyłazili na strychy chat, że były bliżej do lasu i tam rozkładali karabiny maszynowe. Setka, w jakiej było obok trzysta osób, niedużą ilością rozpoczęła natarcie na las, w jakim siadywali kowpakowcy. Oni ledwie pogłębili się w las, a potem, pod naciskiem kowpakowców, zaczęły odstępować na wieś. Kowpakowcy całą siłą pognali się za nimi i dopadły prawie do skrajnych chałup. Chłopacy nasze bardzo dobrze udawały ucieczkę. Nawet ktokolwiek rzucał swoje rzeczy. Jak nas nie gnali dorosli, ale my, dzieciaki, obserwowały ten bój. Kowpakowcy już były około krajnych chałup, jak po nich zaczęły odpalać z karabinów maszynowych, że były na strychach. Teraz oni czmychali do lasu i postradały zabitymi i rannymi. Za uciekającymi kowpakowcami nadeptywali nasi chłopacy. Potem kowpakowcy czyniły próbę wstępować z innej strony w wieś, ale i tutaj je obtłukły. Bój skończył się późno wieczorem. Nasza setka straciła pięć osób zabitymi i dwoma zranionymi, że ich kowpakowcy zafascynowały do niewoli. Tych dwóch chłopaków na drugi dzień znalazły w lesie. W obóch były odcięte ozorki i wybrane oczy. Jednemu na gorsach wyrznięty trójząb. Kowpakowców zginęło dziewięćdziesiąt osób. Obok z UPA na terenie tych obwodów były i polskie nacjonalistyczne tworzenia. Każda z nienawisnych stron chciała mieć u przeciwnika swoich ludzi-wywiadowców.
Jeden z naszych wywiadowców, że był u Polaków, przekazal informację o dziewczynie na nazwisko Staruch, jaka dlaczegoś przychodziła w polski sztab. Później on zakomunikował nawet nazwiska ludzi, których ona wydała Polakom. Tam było wiele dorosłych ludzi i nawet dzieci-młodzicy, że bawiły się wojny z drewnianymi kijami.
Dowódca z UPA uprzedzał, aby ludzie donikąd nie chodzili i nikogo nie wydawali. Ale ta dziewczyna przedłużała dalsze swoje dzieło. Wtedy kilka chłopaków z UPA przebrali się za Polaków, poszli do niej i poprosili, aby ona pokazała, gdzie bytują banderowcy. Ona poszła z chaty i więcej nie wracała się.
3 maja 1946 roku, akurat w dzień wyróżniania Polakami święta konstytucji, w naszą wieś przywędrowała drużyna polskiego wojska. Oni rzucili się po chatach i dobrze obrabowały chłopów. U nas zabrali woza i ziarno. Część tego wojska pojechała, a ci, że pozostali, otoczyły część wsi i postawili wymogę: przez pówgodzinę odjechać. Schwytali one sześć rodzin i powiozły na stację. Więcej my do domu nie wracaliśmy. Reszta ludzi wciekła do lasu i tam przechowywała się do zimy. A latem 1947 roku ich wywiozły na germańską połać. Potym wieś całkiem spaliły i zozrównały miejsce. Teraz to miejsce, gdzie była nasza wieś — to potoczne pole sąsiedskiej wsi.
15 czerwca przesiedleńców dowiozły w Skomorochy, ale tam luźnych chałup nie było i je odtransportowały na chutor obok Żnibrodskiego młyna. Dosyć nas obdarli Polacy, a tutaj pod wyglądem banderowców chadzali miejscowi złodzieje i brały wszystko, że im chce. Jednego z takich bandytów —Zamajskiego Stefana milicja jakoby aresztowała i odtransportowała do Polskę. Drugi bandyta po dziś mieszka w sąsiedniej wsi. Familię go Dobriański nie nazwał się, bowiem uważa, że jego Bóg i tak już ukarał: leży na łóżku i nie może chadzać.
4. Strilecki Jarosław Grzegorz, 1928 r., wieś Posada Rybotycka Przemyślskiego powiatu.
Jesienią 1945 roku kurzeń UPA wstępował w miasteczko Bircz, otoczył koszary z żołnierzami i rozbroił je. Koszary spaliły. W odpowiedzi na to — polskie wojska napadły na wieś Kotów.
Była niedziela i w cerkwi tej wsi uchodziła msza. Była pełna cerkiew ludzi i jeszcze ludzie stojały na dworze. Jakaś polska banda napadła na wieś, podpaliła chałupy i stanęła odpalać z karabinów maszynowych po ludziach, że stały pod cerkwią. Kto był żywy, rzuciły się w cerkiew. Ci wojacy postawili na progie karabiny maszynowe i odemknęły ogień po ludziach. Tych kilka człowiek, że pozostali żywe, ukryli się pod kościelne lawy, opowiadali, że w cerkwi stał bezprzytomny hałas ludzi, a duchowny przedłużał mszę. On odprawiał mszę świętą nawet wówczas, gdy wszystkie były zabite. Wtedy jeden z tych wojaków podszedł do duchownego, że nie przemawiał, a wykrzykiwał słowa nabożeństwa, i wystrzelił mu w łeb. Po tym wydarzeniu, wieczorem my baliśmy się kłaść spać, a rano bały się wyjść z chałupy.
Tejże jesieni, 1945 roku, duża drużyna polskiego wojska otoczyła naszą wieś. Rabunek trwał cały dzień, a wieczorem nam nakazano zbierać się. Za sześć tygodni my dojechaliśmy do wsi Dżuryn.
[Inf.: 5.07.2008. Odnow.: 26.10.2010]