Znibrody — Kraj Buczacki — Tarnopolszczyzna

  Óêðà¿íñüêà  Polski  Ðóññêèé 

 Żnibrody

 Kraj Buczacki

 Tarnopolszczyzna

 Biblioteka

 Stronie projektu



 Witam Was na strony o Tarnopolszczyznie! 

Wsi Żnibrody

Gerb wsi

Historia wsi, wspomnienie

Odwiedziny

Jan ADAMSKI

Odwiedziny

Córce mojej Ludmile

(księga)



ONUFRY PAWLUK

Franciszce z Turkułłów Sułkowskiej
i Marcie Załacowskiej

Obszar dworski w Żyżnomierzu — ad Buczacz — jak się to dawniej pisało, było to rozległe i strome podwórze, pokryte wiosną i latem zieloną darnią. Miało ono kształt wydłużonego wieloboku, spiętego od południa długą krechą przysadzistej stodoły z polnego kamienia, krytej papą, a od zachodu odgrodzonego mroczną i omszałą od starości gorzelnią, też kamienną, a jakże, ale krytą słomą. W gorzelni, w którą, jak mówili starsi, niejeden piorun łupnął — podobno straszyło i młódź wiejska obchodziła ją z daleka. Mieściły się w niej ostatnio spichlerz i stajnie, gdzie parskały dziarsko wyjazdowe konie, wychuchane i szparkie, i porykiwały czarno-białe, mleczne nad podziw krowy rasy fryzyjskiej, z wieńcowymi rogami, ogromniaste i ociężałe. Podwórze dworskie okalały pastwiska i pola. Za nim zaś szumnie pięły się przy drodze wiekowe topole, sadzone, jak wieść niesie, królewską ręką samego Jana III Sobieskiego. Drodze owej wiernie towarzyszył zadbany i starannie szutrem wysypywany w czasie licznych szarwarków — rów. Udzielał on nierzadko skutecznego a cichego schronienia ostatniemu wójtowi żyżnomierskiemu, który często, utrudzon srodze bojowaniem nad kieliszkiem, odpoczywał godnie i zasłużenie na jego gościnnym dnie, chroniąc się przed zasięgiem ostrzejszego niż stal mieczowa języka swarliwej żony. Ale to już inna historia.

Wróćmy do dworskiego podwórza, jak już wiemy, było ono spadziste i pochyłe. Swym północnym krańcem dotykało sadów i obejść chłopskich. Tam też stał kryty czerwoną dachówką parterowy dom o białosinych ścianach, w którym mieszkali wujostwo. Do domu przylegał mały ogródek letnią porą zawsze pełen warzyw i kwiatów, i stara bo stara, ale trzymająca się jeszcze krzepko upleciona z wierzbiny, kosznica na kukurydzę. Ot i cały, nie licząc pól i lasów, obszar dworski w Żyżnomierzu. Dziedzic tych włości, mieszkający w dalekim Grzymałowie hrabia Wolański, człowiek skromny, cichy i uczynny, z rzadka

-- 49 --

tu zaglądał. Grunta żyżnomierskie przeznaczone na rozparcelowanie dzierżawili chłopi, uprawiając je na spółkę i oddając co drugi snop panu. Stąd i podwórze dworskie było ciche. Nie uświadczyło się tu pokrzykiwania fornali, tego zapobiegliwego .zgiełku tak typowego dla wielkich folwarków, trzaskania bieży czy pobekiwania owczych stad. Podwórze ożywało jedynie latem, gdy zwożono snopy, i w czas jesiennej młocki. I tu właśnie, na tym dworskim obejściu, poznałem Onufrego Pawluka. Było to latem 1939 roku, gdy zjechałem z Polesia na podolskie wakacje.

Onufry Pawluk. Człeczyna to była wzrostu bardziej niż podłego. Ot, wątlaczek i mizerota, kulawy na dodatek. Jego prawa noga od kolana w dół chwiejna była i rozkołysana, przy chodzeniu zaś zataczała półkoliste kręgi, jak kosa tnąca zboże. I stąd przezwiska Onufrego, Krzywy albo Kosiarz, bo jak mówili złośliwcy żyżnomierscy, gdyby tak przywiązać Onufremu do kulawej nogi kosę, cięłaby nie gorzej od żniwiarki.

Onufry Pawluk piastował początkowo godność polowego. Obchodził późną wiosną, latem i jesienią pola dworskie i chłopskie. Z czasem dzięki poparciu wujka, Huberta Zaburczyńskiego, który Onufrego bardzo lubił, osiągnął za zgodą samego hrabiego Wolańskiego stanowisko gajowego, czyli „fonkcję pobereźnika", w żyżnomierskich lasach nad Strypą. Był to szczyt jego marzeń.

Zanim to nastąpiło, Onufry przesiadywał co wieczór na ławce przed gorzelnią i oczekiwał, aż go wujek wezwie. Przyjrzałem mu się wtedy bliżej. Był zaniedbany, cuchnący machorką i chłopskim znojem. Jego drobną i wychudzoną twarz ożywiały życzliwe, niewiarygodnej jasności oczy i bardzo łagodny uśmiech, wyrażający bezmierne zaufanie do ludzi i świata. Wiechy zawiesistych, jasnych wąsów Opadały niefrasobliwie wzdłuż szczeciniastych policzków.

— A ty, chłopcze, kto będziesz niby — zapytał mnie znienacka Onufry, taksująco mrużąc oczy.

— Jestem krewnym państwa Zaburczyńskich- powiedziałem nieśmiało.

— Uhm — takie to — mruknął stary i zadumawszy się głęboko, zaczął skręcać papierosa, nie spuszczając ze mnie swych przejasnych oczu. Po chwili milczenia znów zapytał.

— Polować lubisz?

-- 50 --

— Nie — wypaliłem lękliwie.

— O, to niedobrze — zasępił się stary. Zaciągnąwszy się silnie machorkowym dymem, zapytał z troską:

— No to jakiż z ciebie człowiek wyrośnie? Jaki? Co? W tej chwili od strony domu wujostwa rozległo się psie ujadanie. W progu stanął, merdając ogonem, ulubieniec mojej ciotki, wyżeł Trefl i zaraz za nim zamigotała na tlesinawej, oświetlonej księżycem ściany postać wujka, Karola Huberta — dwojga imion — Zaburczyńskiego, zarządcy obszaru dworskiego w Zyżnomierzu. Wujek ubrany był w zielone bryczesy i białą marynarkę z lnianego płótna, na nogach miał wysokie, jasnożółte buty z miękkiej szewrowej skóry.

— Onofrij! — zagrzmiał swym donośnym basem.

— Idu, pane derechtori.

Stary poderwał się sprężyście i kuśtykając, pomknął nad podziw szybko w stronę domu. Znalazłszy się przed wujkiem na odległość wyciągniętej ręki, Onufry wyprężył się służbiście, przybrał postawę zbliżoną do austriackiej „haupt acht", czyli „haptak", jak brzmi gminna wersja tego wojskowego terminu. Było to takie swojskie „baczność" w dworskim, żyżnomierskim wydaniu. Po czym nagłym ruchem ręki zerwał z głowy swoje wytłuszczone, jak mawiał, „kapaluńcio" i uśmiechając się, przybrał mniej już oficjalną postawę, mówiąc:

— Dobryj weczer! Jak se maimo, pane derechtori?

Po marsowej twarzy wujka przeleciało coś w rodzaju nikłego uśmiechu. Powoli, protekcjonalnie podał Onufremu rękę i zapytał:

— Szczoż tam czuwały, Onofrij? — po czym poczęstował go tytoniem ze srebrnej tabakierki. Przez chwilę obaj palili w milczeniu siedząc na ławie przed domem, następnie Onufry zaczął zdawać wujkowi raport z tego, co się działo w polu, a co w lesie. O ile relacje Onufrowe dotyczące spraw polnych były rzetelne i zwięzłe, o tyle leśne raporty dawały jak najlepsze świadectwo jego bujnej wyobraźni. I o dziwo, wujko Karol Zaburczyński, człowiek praktyczny i zasadniczy, a przy tym gwałtowny i porywczy, przed którym cała wieś drżała, lubił wsłuchiwać się w Onufrowe relacje — bajędy, pełne niewinnych bredni, fantazji i łgar-

-- 51 --

stwa pierwszej wody. Słuchał ich z widocznym i rosnącym zaciekawieniem, z rzadka tylko przerywając mu pytaniem:

— A ne breszesz ty, Onofrij?

— Ta de... Bihme ne breszu, pane derechtori łaskawyj.

Twarz wujka tężała z ciekawości, a nie zrażony niedowiarstwem Onufry ciągnął dalej szeptem, po ukraińsku.

— Jak na świętej spowiedzi sprawiedliwo mówię. Wpierw szła locha, a za nią dwanaścioro warchląt.

— Skąd wiesz, że dwanaścioro?

— Liczyłem, panie dyrektorze.

— Jak to liczyłeś, przecież warchlaki kupą idą.

— E nie, nie, panie dyrektorze, szły porządkiem. Ustawiły się pojedynczo, jak na defiladzie.

Wujek parsknął śmiechem i klepnął go przyjaźnie po plecach.

— Oj, Onufry, Onufry, brechunie jeden, łgać to ty potrafisz. U ciebie brechnia na brechni i brechnią pogania. No to zakurz sobie, stary, jeszcze. Zakurz...

Wujek powstał z ławy i zawołał w stronę kuchni:

— Rożka! Wieczerza dla Onufrego!

Po tak gromkim wezwaniu prędko zjawiły się na ławce jakieś smakowite kąski z obiadu i nieodmienny przysmak Onufrego — miska kuleszy z mlekiem. Nastąpiło potem pracowite siorbanie i skrobanie łyżką po pustym dnie.

Wujek wraz z Onufrym udali się w obchód obejścia, odwiedzając stajnię i stodołę. Tak było codziennie, wiosną i latem. Po obchodzie obejścia odbywało się misterium wręczania Onufremu flinty. Ze starym działy się wtedy . rzeczy dziwne. BIadł i czerwieniał na przemian. Bąkał jakieś wyrazy bez ładu i składu, pochrząkiwał nieśmiało i odebrawszy z rąk wujka dubeltówkę, chwilę ważył jąw swych dłoniach, pieścił wzruszonym wzrokiem i wydobywszy z kieszeni sporych rozmiarów skórkę z irchy, starannie i z namaszczeniem wycierał lufy. Wujek życzliwie przyglądał się tym obrzędom i uśmiechał się z wyrozumiałością. A gdy Onufry sprawnym i dziwnie młodzieńczym ruchem zarzucał sobie dubeltówkę na plecy, podawał mu torbę myśliwską i pas z nabojami.

Tak wyekwipowany nemrod Onufry wyruszał na obchód lasu. Różnie tam o tych obchodach i stróżowaniach

-- 52 --

mówiono. Życzliwi i usłużni donosili, że pierwszy gajowy w powiecie przesypia całe noce w ukrytej sekretnie pieczarze skalnej nad Strypą, wymoszczonej obficie przytulną słomą. Mówiono też i dworowano sobie, że Onufry w czasie owych służbowych snów sapie i chrapie tak potężnie, że dziki w sąsiednich leszczanieckich lasach płoszą się i uciekają jak przed nadejściem burzy.

Wujek wiedział o tym dobrze. Donosicieli beształ i odprawiał z kwitkiem, a Onufremu dalej nie szczędził względów. Po prostu lubił go. Onufry wracał z obchodu rano. Zdawał flintę, szedł do domu, a potem znów obchodził pola. W sobotę wieczór dostawał flintę nie tylko na noc, ale i na całą niedzielę. Toteż niedzielami, po nabożeństwie w cerkwi, odbywał triumfalny pochód główną ulicą wsi. Niedbale przewiesiwszy flintę przez ramię, szedł z nieodłącznym jak cień kompanem swym, Kiryłą Babijem, zawzięcie rozprawiając. Pochodowi temu towarzyszył krzyk podawany z podwórka w podwórko:

— Dywyteś, ludę! Wujko Onofrij ze strilboju idę.

Wylęgały wówczas licznie na ulicę dzieci. Baby się rozpierały we wrotach. Zwisały chłopom ogarki na wargach. A Onufry szedł powoli, zataczając kulawą nogą półkoliste kręgi i niby to nie bacząc na licznych ciekawskich, odpowiadał jednak na ukłony mieszkańców wioski raz poważnym: „Sława na wiki" lub też bardziej poufałym prztyknięciem palca w rondo zapoconego i wyrudziałego „kapaluńcia", zdobionego bogato piórkami z kaczych kuprów, o co miewał częste i osobliwe zatargi z wierną wychowanicą wujostwa — Rózią. Flinta lśniła niebieskawo błyskiem szlachetnej stali. Połyskiwał złotem patronów myśliwski pas i puczyła się wypchana razowcem i słoniną łowiecka torba z chropawej, brązowej skóry. I niósł się za Onufrym i jego kompanem-nieodłączkiem Kiryłą okrzyk, w którym mieszały się podziw i złośliwość, ironia i zazdrość chłopska:

— Hej, patrzcie, ludzie, patrzcie, jak prawy myśliwy idzie.

A on szedł na skraj wioski ku polom i lasom, zwalniając nieco kroku, przystając często dla oddania ukłonu czy pozdrowienia, wyprostowany, dumny i szczęśliwy. I zapominał zdaje się o swym kalectwie, bo nieszczęsny jego

-- 53 --

kulas mniejsze wtedy zataczał kręgi i twardszy wybijał rytm po kocich łbach wioskowej ulicy.

Nie od razu nawiązałem przyjaźń z Onufrym. Stary widocznie zraził się mym brakiem zainteresowania polowaniami i sprawami myśliwskimi. Z nieocenioną pomocą przyszła mi wtedy ciocia Kaliksta.

— Czy zastanowiłeś się kiedy, jaką przyjemność zrobiłaby Onufremu paczka machorki grodzieńskiej? — szepnęła mi raz mimochodem.

Ano powędrowała w czeluść łowieckiej torby jedna i druga machorkowa paczka. A i jasnozłoty, pachnący pursiczan hercegowiński nierzadko tam trafiał. W ślad za tytoniem wędrowały co smaczniejsze kęski, podkradane ze spiżarnianych zasobów Rózi, i Onufry z wolna zaczął mnie dopuszczać do konfidencji. Traktował mnie jednak dalej pobłażliwie i wyniośle z wyżyn swych myśliwskich przewag.

Kiedyś przy kolacji zagadnąłem wujka o przyczynę Onufrowego kalectwa. Wujek rozparł się wygodnie w fotelu, wyjął tabakierkę, przeczyścił drucikiem długą, wiśniową cygarniczkę i po chwili cały pokój zaczął się zanurzać w gęstych oparach tytoniowego dymu.

— Widzisz... chłop jest mściwy... — zaczął powoli swym dudniącym basem. — Z chłopem żartów nie ma. Kiedyś latem, dawno to było, polowaliśmy w Skomorochach na dziki. Nad Strypą, oczywiście, w kukurydzianych łęgach. Onufry świetnie naśladuje dzika buszującego w kukurydzy. Łamie łodygi, prycha, sapie jak dzik najprawdziwszy. I zgodził się on wtedy za kilka paczek tytoniu i butelkę okowity udawać dzika. — Tu wujek zaniósł się kaszlem i zaczął złośliwie chichotać.

— Ale stary szelma napuścił wtedy strachu nagonce.

Na kukurydziany łan, gdzie swawolił ten brechun, napuściliśmy nagonkę z kołatkami, grzechotkami. Powiadam ci... — tu wujek zniżył głos do szeptu — naganiacze, stare wygi, dali się nabrać na Onufrowe harce w kukurydzy. Przeszedł on wtedy samego siebie. Taki był, wyobrażasz sobie, groźny w tej kukurydzianej gęstwie, tak się tam wtedy srożył i sapał, i stękał, że nagonka w strachu porzuciła kołatki i uciekali, aż trzeszczało, gdzie diabeł się kłania. Oj, dobrze, dobrze odegrał wtedy stary Krywun rolę dzika...

-- 54 --

Wujek znów się zaniósł krótkim, urywanym śmiechem, po czym skręciwszy nowego papierosa, spoważniał nagle.

— No i, widzisz, nie mogło mu to ujść na sucho. Na polowaniu był hrabia Potocki z Buczacza, sam hrabia Wołański, baron Ancio Heydel z Beremian, był też wielki myśliwy pan Czajkowski z Sokulca, a tu ośmiesza ich taki łapciuch Onufry. Panom w smak była ta zabawa. Śmiechu było co niemiara i naganiacze pomimo swej rejterady wódkę dostali i tytoniu pod dostatkiem. A jakże... Ale oni, widzisz — oj mściwi, chłopi mściwi — nie mogli darować Onufremu tego ośmieszenia. Po polowaniu, jak się goście rozjechali, wywlekli go z koliby i tak sprali cepami i kijami po nogach, po kościach, żeby je połamać, żeby popamiętał te kpiny z nich i to szyderstwo. Wpierw nogę mu składał chłop, owczarz skomoroski, potem lekarze. Wylizał się stary, ale okulał. Okulał nasz Onufry Pawluk. — Tu wujek uśmiechnął się melancholijnie i dodał z lekką ironią:

— Pierwszy myśliwy w buczackim powiecie, który nigdy żadnego zwierzęcia w życiu nie zabił. Wiesz... — wujek ożywił się nagle — Onufry bardzo lubi broń myśliwską, strzela nieźle, ale tylko do rzutków i butelek. Umie tropić, szelma, zwierzynę i chętnie to robi, ale nigdy do niej nie strzela. „Nie chcę — mówi — mieć na sumieniu sarnich łez, które by mnie piekły przez całe życie. Nie chcę słyszeć krzyku zabijanego zająca". Taki to dziwny, widzisz, człowiek z niego, z tego starego brechuna. Po prostu dziwny, no i myśliwy, przyznasz, niecodzienny — zakończy wujek swoje rozważania.

Kolejne serie machorkowych paczek i co smakowitszych kęsków zrobiły swoje. Pewną nocą Onufry wziął mnie na obchód leśny. Po rytuałach powitań i raportów zdanych wujkowi i po sakramentalnym misterium wręczania flinty, Onufry, obrzuciwszy mnie wyniosłym spojrzeniem, powiedział wolno i z godnością:

— Możesz neńka zi mnoju do lisa pity.

I tak się oto zaczęła moja młodzieńcza przygoda poznania lasu sierpniową nocą podolską.

Późno już było, gdyśmy wyruszyli z dworskiego obejścia. W dali leżała przed nami uśpiona wioska. Czarnozielony mrok przeszedł już po sadach i zagrodach. Miało się ku północy. Cicho było wokół i bezwietrznie. W otulonych

-- 55 --

spoczynkiem białosinawych ścianach chałup żaden promyk światła nie błysnął. Dziewczyny przy wrotach nie czekały na miłego. Wszędzie spokój, wytchnienie i nabieranie sił po żniwnym dniu. Przesuwaliśmy się cichcem, milczkiem ku ostatnim domostwom. Na skraju wioski od figury świętego Mikołaja, który był patronem Źyżnomierza, oderwał się cień ludzki. Przystanął, łysnął czerwono ogieńkiem papierosa i zawisł nad nami wielki, potężny w księżycowym oświetleniu, bo chmury już się rozstąpiły i nastąpiła nocna, zielona, przejmująca jasność.

— Sława Isusu Chrystu — wyszeptał cień.

— Na wiki, wikow, Kiryło — odpowiedział Onufry.

Dwaj przyjaciele, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi, przystanęli i podali sobie ręce. Przypatrzyłem się wtedy bliżej Kiryle Babijowi. Było to potężne chłopisko i w jego zwalistym cieniu nikła i cherlała drobna postać Onufrego. Twarz miał dziką, okoloną puszysto siwymi kłakami gęstych faworytów. Zrośnięte nad nosem brwi znamionowały energię i zaciętość. Kiryło za młodu był kapralem w armii austriackiej i służył w Tyrolu. Dwaj chłopi zaczęli opowiadać o żniwach, zwózce pszenicy i mających nastąpić młockach. Onufry mówił dużo. Kiryło mało. Zauważyłem, że pod wpływem rozmowy z Onufrym twarz mu łagodniała, mrukliwy głos cichł i miękł coraz bardziej i można w nim było wyczuć tony usłużności i respektu.

— Pokazy strilbu, Onofrij — powiedział cicho Kiryło.

— Na! Bery! — odrzekł stary gajowy i zdjął flintę z ramienia. Kiryło Babij sprawnie, jednym gwałtownym ruchem, podrzucił ją do oka.

— Ciach, ciach, ciuuuch. Te, te, te — wysyczał szybko. — Wychodzi nagle dzik z lasu, a ty do niego pac z dubeltówki raz, pac z drugiej lufy. On się patrzy na ciebie i rusza biedaka szablami przy ryju groźnie. Szu, szu, szu, fuuu... Fafuch... biegnie ku tobie, żeby ci kiszki wypruć i żebra krwią poznaczyć i pada, uh, w trawę i po dziku. A potem łupisz z niego skórę, mięso wędzisz...

— Dobry z ciebie myśliwy! Dobry... — protekcjonalnie powiedział Onufry i przerwał Kiryłowe refleksje, po czym gwałtownie odebrawszy dubeltówkę z jego rąk, zaczął ją starannie czyścić i gładzić irchową skórką. — Dziki, dzi-

-- 56 --

ki — powtarzał w zamyśleniu. Po chwili ruszyliśmy w dalszą drogę ku lasowi.

— Co do dzików — powiem ci, Kiryło — mówił niby od niechcenia Onufry — natłukłem ci ja ich po łęgach i lasach do didczoji mamy i jeszcze trochę na dodatek. Hej! Kto by tam je zrachował. Palców u nóg i rąk w całej rodzinie nie starczyłoby.

— Wiem ci ja, wiem — potaknął Onufrowy alter ego.

— Razu pewnego... — Onufry proroczo uniósł rękę na wysokość wąsów — razu pewnego tedy, polowaliśmy byli z paniczem Frankiem w Zaleszczykach Małych i wyszło tak jakoś, że flinty — czujesz, Kiryło — nie było przy mnie. Stoję ci ja na miocie, na pozycji, na stanowisku stoję, a tu na mnie wali dzik, tęgi, człowieku ty mój, jak dwa byki. Fu, fuu, pruje, bracie, wprost na mnie, aż się ziemia ugina. Panicz Franko za potrzebą gdzieś za miedzą znikł, a ja tu sam. I strach. No nie dziwota. Ani flinty, ani noża, brateniu ty mój, przy mnie. A ten didko już, już mnie chce dopaść. I jakem się odchylił, dzik w rozpędzie minął mnie, rozumiesz, Kiryło, a ja go za chwost raz i stanęliśmy w miejscu razem. I dzik mnie nic nie mógł zrobić, ani ja dzikowi. A panicz Franko zza miedzy powiedział: „A szlag by cię najjaśniejszy, Onufry, trafił, takiś sposobny do polowania". No i staliśmy dość długo z tym dzikiem, ja z jego chwostem w ręce, a on zastrachany z nogami w ziemi. Staliśmy tak długo, aż go hrabia Potocki, co przejeżdżał był wtedy „lenijką", z ekspresowej flinty z lunetą (lokaj ją zawsze za nim nosił) kropnął. Dwie butelki okowity wtedym za tego dzika dostał, a tytoniu i groszów, hej, człowieczku ty mój... hej...

Kiryło słuchał jak urzeczony, a ja z trudem powstrzymywałem śmiech.

Poszliśmy dalej. Na rozstaju polnych dróg Kiryło nas opuścił, a myśmy z wolna podążali ku jarowi, na którego brzegach i poboczach ciągnęły się żyżnomierskie lasy. Noc kwitła v/ całej pełni. Ogarnęła nas bezszumna cisza i zielona jasność rozsianego po polach księżycowego światła. Od rzeki szedł chłód, a jar się pławił w gęstych kłębach oparu, białego jak mleko. Onufry przydeptał ogarek i palcem nakazał milczenie. Stanęliśmy pod lasem. Na skraju

-- 57 --

gęstwiny bukowo-grabowego młodniaku wyrastał stary, potężny i rozłożysty dąb nasiennik. Samotny i cichy.

— Patrz do góry — zakomenderował z cicha Onufry.

— Co tam? Nic nie widzę, wujku.

— Ty nigdy nic nie widzisz — fuknął stary. - Tam u góry na tym dębie jest ambona zbita z desek, zakryta gałęziami — rozumiesz — i tam na niej twój wujek, a nasz pan dyrektor, zwierzynę wypatruje. Wejdziemy tam za dnia. A teraz idź za mną.

Onufry znów palcem nakazał mi milczenie. Poprawił flintę na ramieniu i podkręcił wąsy. Cicho podeszliśmy pod dąb, gdzie znaleźliśmy małą ławeczkę z brzeziny, na którą z ziewaniem zwalił się Onufry. Nie zdejmując z ramienia dubeltówki, nasunął kapelusz na czoło i oparłszy się o dąb,smacznie zasnął. Przez chwilę pomlaskiwał trochę, pomrukiwał i wkrótce ciszę nocną przecięło gromowe chrapanie. Znak to był nieomylny, że pierwszy myśliwy w powiecie śpi snem głębokim i sprawiedliwym.

I oto pierwszy raz w życiu znalazłem się sam na sam z lasem. Nie umiałem jeszcze odczytywać jego ciszy i śledzić w pomroce czy w księżycowej poświacie śladów jego życia. Trwająca wokół cisza zaczynała być męcząca i groźna. Czułem, jak po mych plecach pełznie powoli cierpki strach. Jednak burzliwe chrapanie Onufrego uspokoiło mnie. Ogarnął mnie ziąb. Skuliłem się i spokojnie czekałem, co będzie dalej. Długi i głęboki był leśny sen Onufrego. Sam nie wiem, ile godzin przespał na ławeczce pod dębem nasiennikiem. Obudził się w końcu. Ziewnął szeroko. Przyjaźnie łypnął w moją stronę. Sprawdził, czy ma flintę na ramieniu i niespodziewanie klepnął mnie po plecach.

-Czujesz, jak locha stohne? — zapytał nagle.

— Czuju, wujku! Czuju — skłamałem.

— A jak pocięta chruńkajut?

Nie wytrzymałem i zacząłem się głośno śmiać. Rozeźlił się stary, rozsierdził nie na żarty.

— Ej, ty!... — krzyczał. — Możesz sobie do domu iść.

Prędzej mi trawa na dłoni wyrośnie, jak z ciebie myśliwy będzie. Lochę z warchlakami mi spłoszyłeś. Wracaj do domu, i to już! Pierogi tobie ze śmietaną jeść, a nie do lasu chodzić. Wracaj do domu! — krzyczał.

-- 58 --

Zacząłem go gwałtownie przepraszać i przyrzekać poprawę. Onufry dość szybko dał się udobruchać. Skręcił papierosa i cicho, zgodnie zaczęliśmy schodzić zboczem jaru ku Strypie. Z wolna przedzieraliśmy się przez nocny chłód i gęstą mgłę. W jej podłużnych, posuwistych pasmach majaczyła i nikła raz po raz postać Onufrego, rozpływając się, to znów przybierając nierealne kształty. Po dobrej chwili byliśmy nad rzeką. Na łęgu przykrył nas gęsty i wysoki kukurydziany gąszcz. Kiście wąsów, wypływające z otulonych szczelnie zieloną pokrywą liści, niedojrzałych kukurydzianych kolb, muskały i zwilżały nocną rosą nasze twarze.

— Zaraz pójdziesz spać do koliby. — Onufry przyjaźnie położył mi dłoń na ramieniu.

Jakoż wkrótce znaleźliśmy się w kolibie. Pachniało słomą, zaduchem potu i nie przespanego snu. Zafurkotały jakieś spódnice. Czyjaś dobra ręka przygarnęła mnie do siebie i przykryła konopną weretą. Zasnąłem. Obudziło mnie lekkie dotknięcie. Po moim czole, oczach i nosie wodziła źdźbłem trawy, uśmiechając się zalotnie, Marija, córka najbliższych sąsiadów wujostwa, która przychodziła często z drobniejszymi posługami. Marija była młodą i piękną dziewczyną, czarnooką i czarnobrewą.

— Wstawajte, panyczu — powiedziała cicho. — Sonce wże wysoko, wysoczeńko. Nu hajt. Wstawajte.

Przeciągnąłem się leniwie i wylazłem z koliby. Świeże, mocne powietrze odurzyło mnie, a południowe słońce połaskotało po oczach tak silnie, że przykryłem je dłońmi. Na małym pieńku przed ogniskiem siedział z nieodstępną flintą na ramieniu Onufry. Ćmił machorkę i z wolna obracał w ogniu kukurydzę na długim ostruganym patyku. Jej bladozłote ziarenka przybierały w ogniu barwę brunatną i pękały z cichym trzaskiem, pachnąc smakowicie.

— Na, wizmy — powiedział Onufry, podsuwając mi pod nos świeżo upieczoną kukurydzę. — Jiż, synu. Na zdorowie. I to weź ode mnie. Na pamiątkę. — Na Onufrowych kolanach leżała wycięta kozikiem w przemyślne wzory laseczka-paliczka. — Fajna — prawda? — zapytał Onufry.

— Bardzo fajna — odpowiedziałem. — Dziękuję wam, wujku, bardzo.

-- 59 --

— Nyczo, nyczo — mruczał stary. — To, żebyś o mnie nie zapomniał. A wiesz ty co? — zagadnął znienacka — jak tylko położyłeś się spać, zobaczyłem borsuka. Ja za flintę raz, ledwiem się tylko, człowieczku mój drogi, złożył, a ta bestia łups i w kukurydzę fafuch didko uciekł. Tyłem go widział. Udało mu się tym razem. Miał drab szczęście.

Po twarzy Marijki przemknął lekki, ironiczny uśmieszek. Widać znane jej były Onufrowe fantazje.

Słońce dogrzewało. Zajadaliśmy ze smakiem pieczona. przez Onufrego kukurydzę. Nagle ktoś dłońmi zakrył mi oczy i ze śmiechem przewrócił na ziemię. Był to narzeczony Marijki, mój wiejski przyjaciel, Mychaśko Dańkowicz, który uczył mnie jeździć konno i poprawiał moją wymowę, wprowadzając z chłopskim uporem w tajniki prawidłowego wymawiania przedniojęzykowego „ł". Nauki te, w kilka lat potem, wielce okazały mi się przydatne.

— Dobrze ci na świecie, ty Mazurze zapieczony — śmiał się Mychaśko szczerząc zęby. — Życie masz jedwabne. Co?

— A dobrze mi — odparłem.

— W pole nie wychodzisz. Karku i grzbietu nie schylasz. Sierpa do ręki nie bierzesz. Żyjesz, oj żyjesz, paniczu ty białoręki — śmiał się Mychaśko.

— Zostaw go w spokoju — ofuknął go Onufry. — On do książek stworzony i przyuczać się po szkołach będzie. Zostaw go.

— A wiecie wy, wujku — zaczął nagle z wielkim ożywieniem Mychaśko. — Jak spaliśmy tu w kolibie, a wyście poszli szukać tego borsuka, co się wam był pod nogi nawinął, tu, o tu, pod samą samiuteńką kolibę, dzik był podszedł. I nie bał się cholernik stary ani ognia, ani nas. Płakał się, taj błąkał koło koliby, jak didko jakiś zatracony, co mu giez na podogonie usiadł. Sapał, łamał kukurydzę, aż nas z Marijką, bo panicz usnął był silno, strach obleciał.

Spojrzałem na Onufrego. Wszak ja tylko znałem prawdę i tajemnicę dziczych podchodów.

On z wolna powstał z pieńka. Słoneczne promienie ślizgały się po ciemnobłękitnawych lufach dubeltówki mieniąc się, jak małe muszki, tysiącami kolorowych cętek.

-- 60 --

Onufry przeciągnął się i powoli, szeroko rozprostował ramiona, przechylając głowę ku niebu. Po czym, podkręciwszy oburącz wiechy swych wąsów, obrócił się ku nam. I wtedy zobaczyłem na jego starczej, wychudzonej twarzy urokliwy uśmiech, szelmowski, przebiegły, a zarazem mądry i łagodny. Uśmiech, którym zniewalał i zdobywał sobie ludzi. Uśmiech, na który mogą się zdobyć tylko ludzie o bujnej duszy i nie byle jakiej fantazji. Uśmiechnął się Onufry zawadiacko w moją stronę i znów łypnął porozumiewawczo okiem. Leżeliśmy potem długo na słomie przed kolibą, wpatrując się w przeciwległy brzeg Strypy, na którym rósł las należący do wsi Rzepińce. Była tam mała polanka okolona zewsząd grabinowym młodniakiem.

— Dywyś, czołowiczku — powiedział Onufry, wyciągając przed siebie paliczkę. — Dywyś — powtórzył. Tam na górze, na polance leżącej po drugiej stronie Strypy, pasły się dwie sarny. Wyglądały z daleka jak dwa duże jasnobrązowe kłębki wełny, rzucone w tło zielonej, jasnej łączki. Pasły się spokojnie, bezlękliwie, unosząc czasami z gracją swe wysmukłe szyje, obrzucały polankę przelotnymi spojrzeniami.

— One mądrzej od nas żyją — powiedział z poważnym uśmiechem Onufry. — One są lepsze od ludzi.

Leżeliśmy przed kolibą w milczeniu. Twarzą ku niebu. Z dalekiej żyżnomierskiej cerkwi dobiegało nas bicie nieszpornych dzwonów. Kukurydziany łan prężył wyniośle smukłe ramiona łodyg. Szumiała po kamieniach rzeka, a cały jar pławił się w ciszy, spokoju i słońcu.

Gdy w czasie raportu wujek wypytywał Onufrego o szczegóły naszej nocnej wyprawy do lasu, interesując się szczególnie moimi osiągnięciami łowieckimi, stary gajowy z olimpijskim spokojem zauważył, że „nasz panycz mołodeńkij raczej w książkach i nauce znajdzie swoje samozaspokojenie". Byłem mu za to bardzo wdzięczny. Onufry Pawluk miał rację i dobrze wiedział, że myśliwy ze mnie nie będzie nigdy.

Były to ostatnie dni sierpnia 1939 roku. Gdy sprzed starej gorzelni zajechała, wymoszczona słomą i lucerną, fura, aby mnie odwieźć na stację — obok cioci Kaliksty, wujka Huberta, wiernej powiernicy ciotczynej Rózi, jej męża Władzia Osadcowego, obok Marijki i Mychaśka Dań-

-- 61 --

kowicza znalazł się i on, Onufry Pawluk — Wielki Łowczy, pierwszy myśliwy w powiecie.

Pożegnałem się z nim na końcu. Onufry długo przyciskał mnie do swojej chudej, chłopskiej piersi, poburkując cicho pod nosem:

— Jedź z Bogiem! Szczęśliwe. I za rok, synu, wracaj do nas na powrót.

Konie ruszyły. Psy zaczęły szczekać i merdać ogonami. Z wozu długo jeszcze widziałem pod żyżnomierską kosznicą na kukurydzę, co stała obok białego domu wujostwa, postać Onufrego. Wsparł się on lewą ręką o swą polową palicę, a prawą niezdarnie kreślił w powietrzu pożegnalne znaki krzyża. Odjeżdżałem z Podola na Polesie. Były to moje ostatnie wakacje pogodne i szczęśliwe. Było to moje pożegnanie z młodością. Wkrótce potem życie pasowało mnie na mężczyznę, nagle i bezlitośnie. Zaczął się długi, najciekawszy czas zmagań z losem. Często byłem głodny i obdarty. Ale i tego, jak mówią ludzie, trzeba zakosztować w życiu. Kiedyś, w czasie wojny, wypadła z wiejskiej, konopnej chuściny zmyślnie wyrzeźbiona długa cygarniczka z wiśniowego drzewa. Był to dar Onufrego dla mojej matki, wsunięty przez niego między walizy i podróżne toboły w ten pożegnalny wieczór owego cichego lata na Podolu.






-- 62 --

» poprzednia częśc « » spis treści « » następna częśc «


[Inf.: 03.01.2009. Odnow.: 11.11.2009]

Przy przedruku i wykorzystaniu tekstów i zdjęć OBOWIZKOWYM jest zaznaczenie strony i źródła, z którego zostały wzięte!
Dokladno

2007-2011 © Opracowanie i design: Mikolaj Wasyleczko.
Projekt ufundowany 19.01.2007. Odnowiony 08.11.2009. Stron - 1131 (polskih - 65).